lis 282008

Warszawski clubbing… Niby można by się rozpisywać ile to klubów można odwiedzić w stolicy, ale moim zdaniem są to tak naprawdę pozory. Większość to tak naprawdę typowa dyskoteka, nazywana hucznie “klubem”, gdzie wpuszcza się ludzi do oporu – aż się drzwi domykają, a czasem nawet i takiego kryterium nie ma. Tragedia to jest oczywiście w weekend. Kiedy większość ludzi ma czas, by się “odstresować” po ciężko przepracowanym tygodniu…
Odstresować jednak to złe słowo w tym wypadku, ponieważ jak można być zadowolonym z imprezy kiedy jedyne ruchy na parkiecie, to trzymanie rąk blisko własnej twarzy, by zaraz nie oberwać od kogoś z łokcia. Słowo “przepraszam”? Okazuje się, że jednak większe miasta nie pokazują kultury i dużo im brak do tak naprawdę małych miejscowości, gdzie jeszcze ludzie zwracają uwagę na innych. To chyba ten pęd warszawski tak Nas zaprowadził, że wyścig szczurów można zaobserwować nawet na parkiecie. Jakże zachęcająca wizja imprezowania…Inny rozdział to faktycznie kluby z prawdziwego zdarzenia, do niektórych czasem trudno się dostać.
I dobrze i źle. Bo niby jesteś parę razy w jednym miejscu, przypada Ci ono do gustu, ale okazuje się, żeby już w weekend do niego wejść potrzebujesz np. “karty klubowej”. Jest to na pewno jakieś rozwiązanie na cały ten motłoch i spęd ludzi, oraz na budowanie sobie renomy, mam tylko jedno ale: może by tak jakiś jaśniejszy regulamin otrzymywania takich kart, a nie Nie widuję Pani tutaj za często. Cóż nie każdy ma czas, by co wieczór wybierać się do klubu, no i nie ukrywajmy: w takich miejscach nasze pieniądze jakoś szybko znikają, jakby nabywały nowych właściwości – szkoda, że się nie mnożą… :)
Tego typu miejscem jest np. warszawska Klubokawiarnia. Klimat jak dla mnie naprawdę super (wystrój a’la czasy PRL, gdzie Towarzysze i Towarzyszki to coś na poziomie dziennym), muzyka generalnie w moim guście, choć zdarzyły się wyjątki – jak wszędzie.
Jako iż byłam tam ostatni raz wczoraj (środa), to z wejściem nie było żadnego problemu (środek tygodnia). Darmowe drinki dla Pań do godziny 1-ej powinny zwabić większą grupę klubowiczy, ale o dziwo zaczęło ich być trochę więcej właśnie dopiero po 1-ej… :) Posiedzieć, pogadać w takim miejscu gdy jest mało ludzi, ok. Ale jak przychodzi do tańczenia, to jednak wolę, jak jest trochę więcej osób na parkiecie… Ten wzrok obcych ludzi jakoś nie pozwala się do końca zrelaksować… :P Mam ja te wymagania…
Najciekawsza z rzeczy, która jeszcze wyróżnia to miejsce, to to, że nigdzie nie można znaleźć adresu Klubo (nawet na stronie www) – wręcz już na miejscu wejście nie jest opisane, więc trzeba wiedzieć, gdzie się kierować. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta i po lekturze tekstu wyżej powinna nasuwać się sama: trafia się tam tylko z polecenia. Tzw. jakość a nie ilość, choć i różnie to z tym bywa… :)

Tak już naprawdę na sam koniec: dziś wreszcie zmobilizowałam się by pójść do stajni SGGW na jazdę – i dobrze, w przyszłym tygodniu będzie jeszcze łatwiej. :)
Jazda całkiem udana, choć bez jakiś rewelacji, ale 1,5h w siodle robi swoje (zwłaszcza po przerwie) – jednym słowem, tyłka nie czuję… :)

Podziel się z innymi:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Śledzik
  • Twitter
  • Tumblr
  • del.icio.us
  • Google Bookmarks
  • Wykop
To już koniec tego wpisu, teraz możesz go ocenić...
1 Gwiazdka2 Gwiazdki3 Gwiazdki4 Gwiazdki5 Gwiazdek (Oddanych głosów:1, średnia: 5,00 na 5)

Skomentuj

(wymagane)

(wymagane)

  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Last.fm
  • Delicious
Social Slider autorstwa Łukasza Więcka