Kto tu rządzi?
Kategorie: Prawdziwy świat. Autor: Banny. 16 wrz 2009.
Tagi: społeczeństwo, wychowanie
Pragę zaznaczyć na wstępie, że tekst nie jest mojego autorstwa, lecz Pań: Magdaleny Jankowskiej i Karoliny Święcickiej. Przeczytałam go niedawno w jednym z numerów magazynu Twój STYL i uważam, że wart jest on naszej uwagi…
Jestem dorosła, może jeszcze nie mam męża, ani dzieci, ale świadoma jestem tego, że w niedługim czasie może się to zmienić. Jak patrzę na młodych rodziców i ich problemy wychowawcze z pociechami, to zamiast się cieszyć faktem zakładania rodziny, to zaczynam się martwić: czy to świat stanął na głowie, czy już „poczciwy klaps” (nie propaguje się go w artykule, ale osobiście nie mam nic przeciwko niemu) na którym się wychowałam to naprawdę coś tak złego, że wszyscy chcą o nim zapomnieć? Dziecko rządzi rodzicami, a nie rodzice dziećmi–jak dla mnie to jest chyba jeden z zwiastunów końca świata.
Zapraszam do lektury.
Czyje urodziny w tym roku obchodzono w Twoim domu najhuczniej? Kto dostał najdroższy prezent? A wspólne kolacje – czyj smak dyktował menu? Na jakim filmie byłaś ostatnio w kinie i kto go wybrał z repertuaru? Odpowiedzi na te pytania zdradzają, kto rządzi w Twoim domu. Coraz częściej odpowiedź brzmi: dziecko.
I właśnie jemu ta wysoka pozycja szkodzi najbardziej.Co sobota pastowałam ojcu buty. Wyciągałam z mamą pościel, zanim poszła do magla, i szorowałam półki w kuchni. Za zbyt śmiałą ripostę dostawałam w tyłek, a kiedy skończyłam dwanaście lat, klaps zamienił się w raz ścierką do naczyń – opowiada Monika. Ona i jej mąż wychowali się w tradycyjnych śląskich rodzinach. – Miałam szanować rodziców i znać swoje miejsce. Swoje dzieci chciałam traktować inaczej. Być dla córek przyjacielem, wychowywać je po partnersku. Od małego dawałam Róży wybór, żeby czuła, że jest ważna i miała wysokie poczucie wartości. Kolor sukienki, kotlet czy zupa – to były jej decyzje. Nie podnosiłam głosu, nie mnożyłam zakazów starałam się wychodzić naprzeciw jej potrzebom. I co? Sześcioletnia Róża jada wyłącznie chrupiące bułeczki z masłem i purée z ziemniaków. Kiedy nie dostaje tego, czego chce, wrzeszczy. Nie pozwala rodzicom oglądać telewizji (płacze, dopóki nie wyłączą). Wieczorami wędruje do ich łóżka. Od kiedy przyszła na świat siostra, Zosia, wędrują obie. – Ale najgorsze, że kłócą się ze sobą i biją. Czytałam, że to rodzice uczą dzieci agresji, dając klapsy. Jednak to po prostu nieprawda, nigdy nie tknęliśmy żadnej z nich. Nie jesteśmy też kłótliwi, mąż jest z tych, co raczej wyjdą za drzwi niż z siebie – opowiada Monika. – Córki dostały tyle czułości i naszej uwagi. Kupowałam wszystko w dwóch egzemplarzach, one lały się nadal. Pomagałam w rozwiązywaniu sporów, ale to tylko pogarszało sprawę, bo kłóciły się o coraz drobniejsze rzeczy. Im były starsze, tym było gorzej. Chciałam, by miały dzieciństwo bez krzyków i stresów, a nasze życie rodzinne zmieniało się w jeden wielki stres. Czy rady ekspertów, które znajdowałam w poradnikach, były złe? Co zrobiłam nie tak? Te pytania to mantra współczesnych rodziców. Wyrozumiałych, kochających, troskliwych.
ZA DOBRZY RODZICE?
Rodzice oddali władzę w ręce dzieci. Coraz częściej to one rządzą w modnych, nowoczesnych domach: decydują o godzinie, w której domownicy idą spać, dyktują listę zakupów, ustalają menu i dzierżą w dłoni pilota do telewizora – mówi prof. Heliodor Muszyński, pedagog, specjalista od teorii wychowania. – Jak to się stało? Jesteśmy dziś w trudnej sytuacji: odrzucamy i potępiamy autorytarne postawy własnych rodziców, uważamy ich rady za szkodliwe albo przestarzałe. Zostajemy więc sami, zagubieni wśród rad ekspertów.
- Nie zawsze są to dobre rady – przestrzega psycholog Jacek Santorski, ojciec trzech dorosłych już synów. – Modne teorie często okazują się psychologicznymi niewypałami, jak idea bezstresowego wychowania albo tzw. naturalnego (zwanego też „matką na żądanie”), w których dziecko zamiast nauczyć się przystosowywać do otoczenia, doświadcza czegoś wręcz przeciwnego: dorośli i całe otoczenie dostosowuje się do jego potrzeb i zachcianek. Matka spełnia każdy kaprys, ojciec dostarcza rozrywki, obydwoje donoszą zabawki, usuwają przeszkody i boją się skarcić w obawie, że zniszczą dobre samopoczucie dziecka. Niestety owocem takich zabiegów jest hodowanie małego tyrana, który dorastając, nie potrafi radzić sobie z zakazami i graniczeniami.
- Rodzice są dziś oczytani, zestresowani i niepewni – dodaje Patrycja Broniszewska, psychoterapeutka z wrocławskiej Szkoły dla Rodziców. – Boją się stawiać wymagania, bo a nuż dziecko przestanie ich kochać? Boją się nakazywać i zakazywać, żeby nie wyjść na nienowoczesnych i toksycznych. Monika często czuje się bezsilna. – Kiedy Róża nie dostaje tego, czego chce, płacze, tupie i wali głową w ścianę. Nie mogę na to patrzeć, więc zaczęłam robić wszystko, żeby nie dochodziło do konfrontacji. Ale nie da się, nie potrafię przewidzieć, kiedy wpadnie w złość. Pewnego dnia zamierzyła się na mnie pięścią. Co robić? Krzyknęłam i złapałam ją za rękę. Ona w jeszcze większy krzyk: boli, boli! Siedzę potem i przeżywam wyrzuty sumienia: czyjej nie skrzywdziłam? Może trzeba było wyjść? Uciec przed dzieckiem? Nie, to bez sensu.Dzieciom brak dorosłych. Stanowczych, pewnych siebie i doświadczonych.
Ale nie wolno też odpowiadać przemocą na przemoc… Jestem zła na nią i na siebie, kompletnie tracę wiarę we własne siły.
W tę pułapkę niepewności wpadła też Irena, mama dorastającego dziś Mateusza. – Bałam się, że pewnego dnia mnie odrzuci, przestanie kochać. Myślę, że z powodu tego strachu nie stawiałam mu wymagań ani zakazów. Zostałam z nim sama, gdy miał rok, byliśmy tylko we dwoje, musieliśmy trzymać się razem. Myślałam: od rodziców ucieka się, gdy się jest nastolatkiem. Ale od koleżanki? Przecież nie? Dziś Mateusz mówi do niej: Ira.
- Ira, nie wtrącaj się. Ira, wyjdź. Jako matka nie mam nic do powiedzenia.JAK PRZEJĄĆ WŁADZĘ
Stosunki rodzinne stoją dziś na głowie – uważa Aldo Naouri, francuski pediatra i psycholog dziecięcy. Dla poprzednich pokoleń było oczywiste, że starszy jest „na górze”, młodszy „na dole”, rodzic nadaje ton, a dziecko za nim podąża. Dziś nie jest to jasne, popularna teoria mówi, by z dzieckiem dyskutować i negocjować. – A przecież negocjować można jedynie z kimś, kto jest z nami na równi. Dziecko jest osobą godną szacunku, ale nie jest dorosłe, więc nie jest naszym partnerem. Wchodzenie z nim w układy, targowanie się, płacenie za to, że się czegoś wymaga, to znak że utraciliśmy autorytet – mówi Naouri w wywiadzie udzielonym francuskiemu tygodnikowi „Le Point”. – On nie opiera się na krzyku i wymierzaniu klapsów, lecz na świadomości hierarchii w rodzinie. Gdy nie mamy najmniejszych wątpliwości, że naszym dobrym prawem jest być „na górze”, umiemy wyznaczać dziecku granice i dawać poczucie bezpieczeństwa. Irena (Ira) uświadomiła sobie ostatnio, że jej syn woli jeździć po radę do dziadków, niż zwierzać się jej. To ją zabolało: dziadek to tyran, który żądał, by o ósmej była w łóżku. Babcia, „specjalistka od umoralniających gadek”. A jednak Mateusz to im opowiedział, że wagaruje, że czasem nie chce mu się żyć, że wszystko go nudzi i nie wie, co chciałby robić w przyszłości. Kiedy matka (Ira) pyta o szkołę i oceny, mówi: – Jak jesteś wyluzowana to jesteś fajniejsza. Weź na wstrzymanie.
- Ceną braku autorytetu są nie tylko nasze kłopoty z dzieckiem – przypomina Aldo Naouri. – Dzieci też mają kłopoty, ze sobą i ze światem. Od 10,15 lat obserwuje się u nich zupełnie nieznane dawniej zaburzenia zachowania i rozwoju. Trudności w relacjach z ludźmi, hiperaktywność, niesamodzielność, problemy z dorastaniem, dziecięce depresje. Za większość tych problemów psycholog wini partnerskie relacje z dzieckiem i przyznawanie mu zbyt wcześnie przywilejów dorosłości:Kto zawsze był królem, a nigdy sługą – nie będzie umiał być partnerem.
pilot w rękę przedszkolaka, komórka z mp4 w wieku 7 lat, wolne od kontroli dorosłych menu i pora pójścia spać, późne powroty do domu. Brak progów, wtajemniczeń, konieczności starania się o prawo wejścia na kolejny etap – to odbiera dziecku bodziec do rozwoju, wpaja przekonanie, że nie ma się czego uczyć od swoich rodziców, na co czekać ani do czego dążyć. Żeby przywrócić zdrowy układ sił w rodzinie, trzeba najpierw porzucić pokusę kumplowania się z dzieckiem, bycia „fajną” mamą, „równym” tatą, który pozwala na wszystko. – Liberalna rodzina jest równie nieszczęśliwym pomysłem jak autorytarne gnębienie dziecka groźbami i karami fizycznymi – przekonuje prof. Muszyński.
Aldo Naouri radzi: nie bój się wydawać rozkazy. Nie musisz ich uzasadniać ani się z nich tłumaczyć. Istotą zaufania dziecka do rodzica jest wiara, że dorosły bliski człowiek wie więcej i lepiej zna życie. Możesz udzielić wyjaśnień, jeśli dziecko prosi, ale krótko i dopiero po tym, jak polecenie zostało wykonane. To ty decydujesz, ile czasu dziecko ma spędzać przy komputerze czy telewizji. Konieczne są jasne reguły: np. dwie godziny wyłącznie w weekend albo tylko z jednym z rodziców. Telewizja to rozrywka po odrobieniu lekcji, kąpieli itp. Nigdy się nie targuj: jeżeli zrobisz to, dostaniesz tamto. Pokazujesz w ten sposób, że nie czujesz się „w prawie” i zachęcasz do stałych pertraktacji o drobiazgi i podważania swoich poleceń. To szybka droga do sytuacji, na którą skarżą się rodzice przychodzący po radę do prof. Muszyńskiego: – Co powinienem zrobić? – pyta ojciec. – Dziecko powiedziało, że nic wsiądzie do samochodu, jeśli nie wyłączę mojej ulubionej muzyki (tego „chłamu” wedle słów nastolatka). Ojciec ten wcześniej zachęcał syna do odważnego wyrażania swoich opinii…
- Na wszystko przychodzi właściwy czas – mówi Jacek Santorski. – Przeskakiwanie etapów, przyspieszanie tylko pozornie jest postępem. Jako ojciec starałem się trzymać starej hinduskiej mądrości: 5 lat jak króla, 10 jak sługę, a gdy piętnasty rok zaczyna – jak przyjaciela traktuj syna. Dziesięć jak… sługę? No właśnie, o ten etap idzie – dziś niedoceniany i nierozumiany:Targowanie się, układanie z dzieckiem to znak, że straciliśmy autorytet.
wypełnianie obowiązków. Dlaczego to takie ważne? Ponieważ, kto nie był sługą, nie potrafi być partnerem.
POTĘGA ZOBOWIĄZAŃ
Róża, córka Moniki, straciła koronę dwa miesiące temu. Nie z powodu hinduskiej mądrości: – Gdybym dłużej pozwoliła jej być rozpieszczoną księżniczką, oszalałabym – mówi Monika. W dziecięcym pokoju mieszka przecież jeszcze druga królewna, trzyletnia Zosia, która właśnie przechodzi przez etap wiecznego „nie”. – Musiałam coś zmienić, bo ich ciągłe walki o to, która jest lepsza, pierwsza, wprowadzały w domu taki chaos, że nie mogłam pracować (Monika prowadzi prywatne biuro rachunkowe). Co zrobiła? – Młodszej powiedziałam: „Słuchaj siostry, bo jest starsza”. Róży wytłumaczyłam: „Jesteś już uczennicą, polegam na tobie, codziennie przez godzinę zostawiam siostrę pod twoją opieką. Poczytaj jej, naucz rysować kota, masz to w małym palcu”. Dziewczynki dalej walczą. O wózek dla lalek, o plastikowe zwierzątka. Ale zaciskam zęby i wtrącam się tylko w wypadku rękoczynów: wchodzę i zabieram sporną zabawkę. Nie potraficie się dogadać, nie ma. Róża zamiata codziennie podłogę w kuchni. W przyszłym roku zasłuży na zaszczyt wynoszenia śmieci… – śmieje się Monika. Taki styl myślenia o obowiązkach doradziła jej psycholog, do której zgłosiła się w letnie popołudnie po zawaleniu służbowych terminów ze słowami: dłużej nie wytrzymam. „Proszę wyznaczyć zadania i jasne reguły gry – powiedziała mi. – I niech się pani nie boi odrobiny egoizmu, to przywraca zdrowe układy między rodzicem a dzieckiem”. Ich braku doświadczyła niedawno Irena (Ira). – Mateusz nie robi w domu nic, nawet o wyjście z psem są awantury. Kiedy namawiałam go do sprzątania własnego pokoju, wywiesił na drzwiach tabliczkę: Wstęp wzbroniony – opowiada. – Więc nic wchodzę. Nie sprzątam, nie piorę, nie odkurzam. Za późno, by zacząć go pouczać, to przyjmuje tylko od dziadków – Irena nerwowo pali papierosa. – Wiem, co będzie dalej. Pewnego dnia (już wkrótce, bo zaczyna mu brakować bielizny) przyjdzie i powie: Ira, matuś, co robisz w sobotę? Wyskoczymy do centrum? Bo przez ostatnie lata chwile dobrego porozumienia mieliśmy głównie na zakupach: kiedy kupowaliśmy sobie identyczne conversy, dżinsy, były wygłupy, żarty i tak dalej, W którymś momencie pomyślałam: o rany, jestem dla niego sympatycznym portfelem. Zawaliłam sprawę jako matka, wiem to.
Ira nic jest wyjątkiem. Jak twierdzi prof. Heliodor Muszyński, coraz więcej dzieci traktuje rodziców jak chodzącą kartę kredytową: – Bo wyręczamy, dogadzamy, nie wymagamy. Zgubiła telefon? Podarł spodnie? Zalał sokiem laptop? Rzucamy się na ratunek. Zamiast czekać, jak sobie z tym poradzi, biegniemy i płacimy. W czerwcu cło nauczycieli ciągną korowody rodziców walczących o lepsze stopnie dla dzieci. Za każdym razem, gdy coś zaniedbają, słyszą „ja to załatwię” i rzadko wycinają wnioski inne niż „to mi się należy” – twierdzi prof. Muszyński i radzi: – Lepiej powiedzieć: „Wierzę, że sam to załatwisz. A jak nie dasz rady poproś mnie o pomoc”. To kontuje więcej nerwów, ale uczy samodzielności.
Powiedzenie synowi: „Słuchaj, postępujesz wobec mnie nie fair” – kosztowało Irę paczkę wypalonych nerwowo papierosów. – Wydusiłam: „To moja wina, bo chciałam być twoją przyjaciółką, a nie matką. Ale dopóki nie jesteś dorosły i nie utrzymujesz się sam, chcę, żebyś liczył się z moim zdaniem. Wymagam (zakrztusiłam się przy tym stówie), żebyś sprzątał swój pokój i prał swoje rzeczy. Jestem pewna, że dasz sobie radę”. Mateusz spakował torbę i pojechał do dziadków.NIE OSZCZĘDZAJ NA STRESIE
Dziadkowie odmówili prania, za co Irena jest im wdzięczna. Babcia kazała Mateuszowi wracać do domu i dobrze się sprawować, a tyran dziadek powiedział: „Synu, zapamiętaj sobie, na przyjaźń matki trzeba zapracować”. Mateusz zdjął z drzwi tabliczkę „Wstęp wzbroniony” i włączył pralkę. Nie posprzątał, ale Ira i tak z trudem się hamuje, żeby w przypływie szczęścia nie zabrać syna do galerii handlowej i nie zawołać: Wybieraj, ja płacę! Byłoby lak miło. – Zapracowani i coraz bogatsi, chcemy dać dzieciom więcej, niż dyktuje zdrowy rozsądek. Wynagrodzić każde zmartwienie oszczędzić pracy, problemów, czyli prawdziwego życia. To niepotrzebne i szkodliwe – dodaje Aldo Naouri. Stres dostarcza motywacji. Frustracja wyrabia odporność. Porażki pokazują granice aktualnych możliwości, a wysiłek uczy satysfakcji z działania. Prof. Muszyński radzi: mniej robić dla dzieci, więcej z dziećmi. Nie chodzi o fundowanie wycieczki z atrakcjami, tylko robienie razem tego, co zwykle robimy sami. Kanapki, sadzenie kwiatów, płacenie rachunków. Lepiej pograć z nim w kometkę na podwórku, zamiast czekać w szatni, aż skończy drogą lekcję tenisa, o którym nie mamy pojęcia.
Zbyt często wychowujemy dzieci do jakiegoś „lepszego” świata, powodując, że będą źle się czuły w tym, który jest. – Zamiast szukać kolejnej cudownej metody wychowawczej, trzeba dbać o codzienność. Być razem, kiedy celebrujemy radości i gdy zwieramy szyki w obliczu trudności. Dzieci uczą się najwięcej z konkretnych domowych sytuacji, które wymagają wyrzeczenia, wsparcia lub konfrontacji. Od nich i od nas – uważa Jacek Santorski, który wkrótce wyda Poradnik dla przedsiębiorców i… matek.
Żeby przypomnieć nam, że dla własnego i dzieci dobra to dorosły musi poczuć się szefem tego niezwykłego przedsięwzięcia, jakim jest rodzina. Nie władcą absolutnym, ale też nie szoferem i sponsorem swoich dzieci. Szef przewodzi i zarządza. Jest często obecny i skory do pomocy, ale nie oddany do dyspozycji małym domownikom. – Bardziej niż pieniędzy i wolnego czasu rodzicom potrzeba dziś zwykłej pewności siebie i wiary we własne siły – dodaje Santorski. Irze nadal trudno zrozumieć, dlaczego Mateusz tak lubi jeździć do dziadków. On też nie umie powiedzieć. Właściwie nuda. Siódma – pobudka, czternasta obiad, w niedzielę sernik. A jednak chwyta torbę i wsiada do pociągu. – DzieciProwadź i rządź. Rodzic jest szefem, a nie sponsorem i szoferem dziecka.
potrzebują prawdziwych dorosłych. Dojrzałych, doświadczonych, pewnych siebie, bo oni mają to, czego brakuje młodym. Wsparcie niesie już samo ich towarzystwo, przykład ich siły, wytrwałości czy spokoju – dodaje Santorski. – Nigdy nie udało mi się namówić synów do wspólnego biegania. A jednak fakt, że widzieli, jak codziennie wkładam adidasy i idę biegać, wyrobił w nich szacunek dla dyscypliny i konsekwencji. Te cechy zupełnie inaczej przejawiają się w ich życiu niż w moim. Ale to ja byłem ich wzorem.
I jeszcze kilka małych rad z powyższego artykułu:
MAŁY KRÓL MAMUSI.
Jeśli Twoje dziecko uważa się za pępek świata, obydwoje macie problem. Jak postępować W kryzysowych sytuacjach?
- Biega, krzyczy, nie słucha?
Dogoń, stań za nim, mocno obejmij ramionami i nie puszczaj mimo protestów i próśb. W takim uścisku dziecko doświadcza własnej bezradności, ale siły dorosłego I oparcia w nim.- Narzeka na nauczyciela.
Nie zajmuj automatycznie stanowiska: za dzieckiem, przeciw nauczycielowi. Jest surowy, dużo zadaje i wymaga? To nie wady. Interweniuj wyjątkowo, w sytuacjach, gdy dziecko jest poniżane lub traktowane niesprawiedliwie.- Domaga się prezentów, większego kieszonkowego, krzyczy, kiedy nie dostaje tego, czego chce.
Niech krzyczy. Ustal zasady, nie negocjuj i nie odstępuj od nich. Drobne frustracje wyrabiają odporność, uczą godzić się z rzeczywistością. Pamiętaj, że dziecku nie służy uprzywilejowanie ani rola gwiazdy – utrzymanie tej pozycji nie jest możliwe i oznacza o wiele większe, bolesne rozczarowania w przyszłości.
