Przygody pewnego laptopa

Czyli moje gorzkie historie z serwisem, a raczej z reklamacjami…

Ale zacznijmy może od początku.
Mój stacjonarny komputer od dawien dawna nie był „unowocześniany” – nie było tak naprawdę sensu, bo trzeba by było to zrobić od podstaw bebechów, czyli zaczynając od płyty głównej, na chyba samych wiatrakach kończąc (bo obecny jest tak głośny, że nie idzie na noc zostawić peceta włączonego, bo głowa boli od tego hałasu). Zresztą co tu dużo pisać: 384 MB RAMu i procesor 816 MHz mówią same za siebie… Na tym sprzęcie po prostu nie da się pracować, bo już same odpalenie przeglądarki i głupiego edytora tekstu doprowadza człowieka do szewskiej pasji… Między innymi z tych oto powodów (ale nie jedynych) padła decyzja o zakupie nowego sprzętu. Zakupu za własne, ciężko zarobione pieniądze tak naprawdę.

Pytanie laptop czy PC wydaje się być banalne. Ja zdecydowałam się na to pierwsze rozwiązanie, jako iż dużo czasu spędzam poza domem, a z drugiej zaś strony super wypasionej maszyny do gier nie potrzebuję, bo zwyczajnie nie bawi mnie strzelanie do zombie.
Tak oto około czerwca br. stałam się „szczęśliwą” posiadaczką nowej maszyny. Dwu- rdzeniowy procesor 2GHz w porównaniu z poprzednim, to niemal starcie Guliwera z liliputami… 3GB RAMu też robią swoje, a karta graficzna również pozwala na wiele.

Praca z laptopem? Na początku dziwna – kwestia przyzwyczajenia, zwłaszcza jeśli chodzi o panoramiczny ekran, ale dało radę. Rozleniwiłam się i zarazem przyzwyczaiłam do wieczornego przesiadywania na łóżku pod ciepłą kołderką z komputerem na kolanach, zamiast ślęczeć przy biurku i marznąć. Otwieranie kilku aplikacji na raz – nie stanowiło już problemu nie-do-przeskoczenia, kolejne marzenie – WiFi w całym domu, to po prostu zło w czystej postaci, ale ja takie zło polubiłam szybko… usiąść na huśtawce na tarasie, zamiast w zamkniętych 4-ech ścianach, mmm… :) Teraz pytanie jakie się nasuwa, to czemu piszę to wszystko w formie przeszłej?

Otóż pewnego październikowego dnia, na ekranie pojawiła się cienka niebieska linia (nie, to nie tytuł tego serialu), w poziomie, co dziwniejsze widziana jedynie na czarnym/ciemno szarym kolorze, w dodatku pod odpowiednim kątem nachylenia matrycy. Oczywiście spakowałam, z niechęcią, komputer i zawiozłam do sklepu w którym kupiłam, by go zareklamować.
Okazało się, że zostanie on wysłany do serwisu producenta na Słowację (WTF?). Po 2-ch tygodniach zadzwoniłam by dowiedzieć się co tam z moim „dzieciem” się dzieje i jakie było moje zdziwienie, że całe dwa tygodnie komputer przeleżał w serwisie, ze względu na kłopoty z kontaktem z producentem i wysyłka będzie możliwa dopiero po 16-tym listopada (przeprowadzki w siedzibie zagranicznego serwisu)… Szlag po prostu by to trafił. Zabrałam laptopa i oczywiście, jak minął odpowiedni czas, oddałam go ponownie.

Jak dobrze liczę to w najbliższy poniedziałek minie kolejne trzy tygodnie (czyli łącznie już 5) jak nie mam komputera i muszę się użerać ze starym PC’tem, co mnie bardzo, ale to bardzo irytuje…

Jak wygląda obecnie cała sprawa? Serwis-Sklep dostał podobno fakturę od producenta serwisu, u Naszych południowych sąsiadów, na kwotę 70 euro, za całą fatygę, ponieważ producent twierdzi, że na matrycy nie ma żadnej usterki, czyli de facto sprzęt jest sprawny i reklamacja nie została uwzględniona… Bzdura o której wiem i ja i osoba która załatwia te sprawę.
Kłopoty z kontaktem z producentem spowodowały, że całą sprawę (rozmowy) prowadzi teraz przedstawiciel Intel’a w Polsce, a doszły mnie słuchy, że ów serwis na Słowacji zostanie zamknięty. Pozostaje TYLKO – tutaj nacisk jeszcze raz na słowo TYLKO, wyrwać z gardła mój sprzęt, bo matryca zostanie mi i tak wymieniona.
Dysk z moimi plikami tymczasem leży w szafce i czeka, chyba na zbawienie… Ja nie mam do niego dostępu i całego archiwum i jak na święta nie otrzymam chociażby czegoś zastępczego na ten czas, to będzie jeden wielki #WYRAZ…!

Jakieś pomysły, jakieś doświadczenia z reklamacjami i jak walczyć o swoje?
W Polsce prawa konsumenta nie są niestety najlepiej przestrzegane, bo prawo można na różne sposoby obejść. Przykładem niech będzie znajomy znajomych rodziców (zagmatwałam, ale mam do tego prawo), który z reklamacją butów walczył w sądzie przez 3 lata… Owszem wygrał, ale ja tyle czasu (praca inżynierska czeka) i nerwów nie posiadam.

Edycja:
Moja historia stała się nawet źródłem do notki w serwisie Notebookcheck.pl… :)

This entry was posted in Gadżety, Prawdziwy świat and tagged , . Bookmark the permalink.

One Response to Przygody pewnego laptopa

  1. Pingback: Historii reklamacyjnej finał… | Fotografuję i nie tylko…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>